Towarzysz Beczki
Ktoś go sieknął piłą już
na początku lat 80-tych.
i od tego czasu leży sobie nieboraczek, bez słowa skargi, zupełnie
sztywniutki, na leśnym posłaniu. I zawsze idąc do "Dębu Beczki" obok
niego się zatrzymuję
i tak patrząc na jego potężny, leżący pień czekam, że mnie jakaś refleksja nad
kruchością tego i owego najdzie, że zgłębie kolejne tajemnice bytu, że
w uniesieniu metafizyczny to i owo na wierzch wywalę.
Ale żadne uniesienie nie przychodzi, a i z tym wywalaniem to też
nie taka prosta, jak myślałem, sprawa. W końcu zrezygnowany macham ręką
i dalej ku "Beczce" powoli maszeruję.